Rozmowa z hipsterką wiejską Joanką Szewczyk

JOANKA SZEWCZYK - po studiach na ASP w Warszawie wróciła do rodzinnej wsi Ziemięcin na Mazowszu. Pochodzi z dużej rodziny o tradycjach sadowniczych, są w niej także sadownicy ekologiczni. Joanka jest aktywistką, wspiera rozwój branży rolnictwa ekologicznego, promuje model RWS (Rolnictwo Wspierane Społecznie), a także organizuje Wiśnio i JabłkoBranie w ramach, którego konsumenci przyjeżdżają do gospodarstw i sami zrywają owoce. W soboty spotkacie Joankę na BioBazarze w Warszawie, gdzie obsługuje swoje jabłkowe stoiska

Zaczniemy od końca. Jakie masz plany na przyszłośc? Gdzie widzisz siebie za 5 lat?

- Za 5 lat widzę się w zakorzenionym, pełnym czułości i pasji związku miłosnym z mężczyzną. To jest mój „mejn gol” na teraz. Poza tym ograniczam moją wyobraźnię w wybieganiu daleko w przyszłość.

 

No to wrócmy do teraźniejszości. Przeprowadziłaś się do Ziemięcina ze Stolicy. Powrót "na wieś" nie jest ogólnoprzyjętym trendem dotyczy zaledwie kilku procent populacji. Dlaczego nie zostałaś w Warszawie hipsterską artystką?

- Bo chciałam zostać hipsterką wiejską (śmiech). Miasto to dla mnie nuda. W pewnym sensie. Przewidywalność. Przesycenie wydarzeniami, ludźmi, imprezami. W Warszawie masz kilkadziesiąt ofert na jeden wieczór i nie wiesz co wybrać. A na wsi nie masz żadnej, dopóki jej nie stworzysz. Ja nie lubię meinstremu, ogólnych trendów, zawsze chodziłam swoimi ścieżkami. Jak miałam 27 lat, to zaczęłam akceptować siebie taką, jaką jestem i postanowiłam ze szczególną uwagą słuchać swojej intuicji. I to ona za rękę przyprowadziła mnie na rodzinną wieść Ziemięcin. Bo wieś to jest teren porzucony z jednej strony. Ale z drugiej, teren nieograniczonych działań i możliwości dla projektanta, artysty, działacza i twórcy. I nie bez kozery katapultując się do Ziemięcina rozpoczęłam współpracę z projektantami permakulturowymi, z którymi wspólnie myślimy o tym jak projektować przestrzeń wokół nas, na monokulturowej sadowniczej grójecczyźnie. Najpierw w tajniki permakultury wprowadzał mnie Robert Błaszczyk, a teraz kontynuuje tę pracę Łukasz Nowacki z Fundacji Transformacja z Łodzi, z którym opracowujemy cykl warsztatów projektowania samowystarczalnego gospodarstwa. Naszego rodzinnego gospodarstwa w Ziemięcinie.

 

Brzmi bardzo kreatywnie i „rolniczo”. Czy masz odpowiednie do tego pochodzenie (śmiech)?

- To są przede wszystkim chłopsko rolnicze korzenie, choć w rodzinie mam też zaangażowanych nauczycieli i utalentowanych handlowców. Aktualnie od dwóch pokoleń sadami zajmuje się 80% mojej rodziny na tym terenie. A jest nas bardzo dużo, bo mieszkamy tu co najmniej od 5 pokoleń – Wróblewscy, Krzyżanowscy, Wróblowie, Kępkowie, Sakowscy, Sobczyńscy, Byrscy, Wierzbiccy i inni. I jak ze znajomymi objeżdżam okolicę to jest wyliczanka – tu mieszka dziadek z babcią, tu wujek Andrzej, w tamtym domu ciocia Halinka, a tu na pole jedzie wujek Janusz, a tu mieszka mój brat Darek, a tam kuzyn Piotrek, a tu Kuba z Jaśkiem, itd. Mafia. Jednym słowem. I ja to strasznie kocham. Takie zakorzenienie. Osadzenie. Świadomość wspólnoty i obecności tych ludzi, nawet jeśli widujemy się tylko raz do roku czasem. Dla mnie to jest moje plemie. Wędruję po jego DNA i szukam inspiracji - jakie talenty jeszcze mogę w swoich genach odnaleźć i przywołać. To mnie fascynuje i niesie. W ogóle rodzina była jedną z dwóch głównych motywacji do wyprowadzki z Wawy. Czułam, że chcę być blisko nich.

 

Pozazdrościc takiej „rodziny Soprano”. Na jednym z forów pod tematem: ucieczka z miasta, przeczytałam same superlatywy "swoj ogrodek, wylegiwanie sie, sadzenie kwiatow, a jak jesteś samotna to na ogłoszenie w sprawie pomocy przy remoncie domu moze akurat odezwac sie jakis mily pan". Co Ty na to?

- O Matko! Jakaś idylla wręcz. Chętnie bym poznała bliżej osobę, która to napisała. To bardzo ciekawe. Zaskakujące wręcz. No ale tutaj jest jedno zasadnicze pytanie, które warto sobie zadać - „Z czego ja na tej wsi będę się utrzymywać?”. Ja wyprowadzając się na wieś, nie miałam żadnego pomysłu na to za co będę żyć. Wiedziałam natomiast, że nikt utrzymywać mnie nie będzie. Ale miałam w sobie ufność, że jeśli to jest właściwa decyzja, to życie przyniesie mi rozwiązania i tak też się stało. Drugie pytanie, które warto sobie postawić - „Co z moimi znajomymi i czy mam znajomych na tej wsi?”. W moim przypadku 80% przyjaźni i relacji nie przeżyła decyzji o przeprowadzce. Ale są też inne sprawy. Ludzie na wsi mniej bajdurzą i nie bujają w obłokach. Tu się liczy konkret. Bo takie są realia pracy na ziemi/z ziemią – że jak jest określona pogoda to trzeba sad przyciąć, opryskać, zgrabić, wysiać nawóz, drzewo nawieźć do pieca i jak tego w porę nie zrobisz, to będziesz to robić w deszcz, itp. A jednocześnie jak się zakorzeniasz w takim środowisku ludzi, którzy zajmują się realną – nie wirtualną pracą, to masz 2000 okazji do konfrontacji swoich poglądów i przekonań o świecie. Moim ideologicznie najbardziej nieoczekiwanym doświadczeniem jest współpraca z sadownikiem, czynnym mysliwym. Bo to on okazał się moim największym sojusznikiem, z którym filozoficznie najbardziej mi po drodze. Przy czym ja jestem wegetarianka i 3 lata temu na Festiwalu Woodstock poszłam na spotkanie z prezydentem Komorowskim i przy świetle wszystkich stacji ogólnopolskich i kilku tysiącach ludzi za plecami poprosiłam go oficjalnie, aby zrezygnował z myslistwa, bo ono jest wstydliwe i archaiczne dla mojego pokolenia, i że prezydentowi nie przystoi. A tutaj bach. Współpracuję z myśliwym, z którym (jako jednym z nielicznych) mogę pogadać o łąkach, puchaczu w ogrodzie, znaczeniu bażantów w uprawach rolnych i przeklinać wycinkę 60 letnich lip w miejscowości obok.. Abstrakcja co nie? Ale tylko gdy człowiek okopuje się w swoich czaro białych poglądach, jednolitym ideologicznie środowisku (tak jak ja w Wawie) i spędza życie na fejsie, zamiast wśród ludzi.

 

To chyba problem XXI wieku zbytnie zanurzenie w świecie wirtualnym i odejście od rzeczywistości, w której tak naprawdę się żyje. Przejdźmy do sedna sprawy. Na Twoim facebookowym prodilu przeczytałam, że kręci Cię bioróżnorodnośc i stare odmiany. Co jest w tym takiego pociągającego?

To jest odniesienie do natury, jako lasu, najbardziej zrównoważonego środowiska. Jest taki sad w mojej okolicy, stary, zapuszczony i dziki w najlepszym tego słowa znaczeniu. I taki obraz – stoję tam w deszczowy mglisty dzień październikowy, wśród szumiących traw i pośród drzew, i w dłoniach trzymam 10 różnych odmian jabłek. Absolutne bogactwo smaków, kolorów, konsystencja skórki, kolor i kruchość miąższu, wielkość owoca, zapach słodko kwaśny, lepki, słodko pobudzający – cała paleta do pracy zmysłów. Przyglądam się każdemu z nich kolejno, analizuję, wciągam zapach w nozdrza, zagłębiam usta w każdym z wolna. Bioróżnorodność kojarzy mi się z bezpieczeństwem, bogactwem, przepływem, obfitością, płodnością, tajemnicą. Jej zanik spłaszcza nasze życie i zubaża świat, w którym żyjemy.

 

Przyznaj, które to odmiany najbardziej cię "kręcą" i dlaczego?

Odmiany mnie kręcą pod różnym kątem. Z racji tego, że zajmuję się przetwórstwem owoców oraz uprawą i handlem jabłkami, to poszukiwania się krzyżują – sprawdzam odmiany pod kątem zachowania smaku danej odmiany, gdy zostanie przetłoczona na sok. Eksperymentuję z kiszeniem konkretnych odmian. W tym przypadku obserwuję stopień twardości skóry. Interesuje mnie stopień kwasowości jabłek przy robieniu konfitur i zawartość cukru w jabłku właściwa do przechowywania w kontrolowanej atmosferze. Ostatnio też nadaję odmianom barwy narodowe – polskie to Ligol, Alwa, Ananas Berżenicki, Kosztela, amerykański jest Freedom i Idared, itd. Uczę się i staram się uczyć moich klientów odmianoznawstwa, bo uważam, że życie zasługuje na to, żeby zgłębiać smaki, których może mieć tak wiele, ale tylko wówczas gdy włączymy w sobie ciekawość...

 

Dużo działasz społecznie, jak możesz pogodzic pracę w sadzie z innymi działaniami?

U mnie to się krzyżuje, bo choć non stop pracuję przy jabłkach, to nie czuję żebym pracowała. Praca z definicji kojarzy mi się z wyrzeczeniami, ograniczeniami, jakimś przymusem. Tymczasem ja tego nie mam, bo wszystko co robię mnie fascynuje i nawet gdy dźwigam 500kg jabłek dziennie i o 20ej zasypiam w ubraniu na krześle, to satysfakcjonuje mnie to, co robię. A działania społeczne? Co raz częściej odnajduję w sobie „społeczną” wagę roli jako przedsiębiorca, który tworzy miejsca pracy. To dla mnie nowe doświadczenie, związane z poczuciem wielkiej odpowiedzialności za stabilny rozwój firmy i zapewnienie ciągłości pracy dla moich współpracowników.

 

Promujesz model RWS (Rolnictwo Wspierane Społecznie). Na czym on polega w polskich realiach? Jak jest odbierany przez innych rolników, sadowników czy hodowców?

Grupa konsumentów umawia się na stały lub sezonowy odbiór warzyw/owoców/produktów z gospodarstwa i kontraktuje odbiór, płacąc za niego w dwóch lub trzech ratach. Jednocześnie wspólnie z rolnikiem siadają nad biznesplanem gospodarstwa, ustalają co będzie uprawiane i partycypują w kosztach zakupu nasion, narzędzi, itp. Rolnik w zamian, co tydzień przywozi im produkty uprawiane w określony sposób, najczęściej metodami ekologicznymi i zostawia do rozważenia. W zeszłym roku udało nam się założyć dwa takie RWSy w Poznaniu i Szczecinie dla Dobrodziejów, czyli Gosi i Sławka, którzy metodami ekologicznymi uprawiają w Zeliszewie pod Szczecinem ok. 50 gatunków warzyw, owoców i ziół. Niezwykle przedsiębiorcza i pracowita para, która momentalnie wskoczyła w zaproponowany model współpracy. W moim regionie jest kilku sadowników ekologicznych, którym ten model przedstawiliśmy, jeździli z nami na rózne spotkania, gdzie RWSy się prezentowały i oni teraz między sadami sieją warzywa, żeby mieć ofertę dla swoich RWSowiczów. Najpierw jest sceptycyzm, niedowierzanie, „utopia”, później wymiana doświadczeń z ludźmi, którzy to już robią, wizyta podczas odbioru warzyw, telefony, zaciekawienie, przymiarki własne i szerzenie tego modelu wśród innych rolników. Ale to są szczególni ludzie, bo w ogóle rolnicy ekologiczni to jest inna kategoria ludzi, inny styl pracy, filozofia i tempo życia. Tacy odmieńcy, którzy mają swój świat.

 

Brzmi obiecująco dla wszystkich „stron”. Organizujesz Wiśnio i JabłkoBranie, czy poza zachwytami tymi "wydarzeniami" na FB są efekty w realu?

Sprzedaliśmy z rodzicami tonę wiśni w zeszłym roku w ramach Wiśniobrania. I to jest konkret. Miesiąc temu rozpoczęliśmy przygotowania do tegorocznego Wiśnio i Jabłkobrania. Planujemy prowadzenie Księgi Gości, gdzie nasi Rwacze będą mogli się wpisywać i gdzie będziemy wklejać zdjęcia ciast i produktów, które powstały z naszych owoców, i przygotowujemy Księgę Gospodarstwa z jego historią i zdjęciami. Dostaliśmy tak wiele pozytywnych bodźców w realu, nowa energia popłynęła, że teraz prace w gospodarstwie i uprawy planujemy pod kątem naszych wspaniałych gości. Moi rodzice bardzo się tego obawiali, dojrzewali do decyzji, o wpuszczeniu obcych ludzi do gospodarstwa, przez dwa lata. Wszystko było nie tak – trawa w sadzie nie skoszona, drzewa 5 lat nie cięte, dziurawe drzwi w stodole, brama nie pomalowana, itd. Tymczasem zobaczyli super sympatycznych, uprzejmych i ciekawych ludzi, którzy zachwyceni znikali na godziny w naszym sadzie, dziękowali za wszystko, mówili, że mieszkamy w raju i przywozili nam w prezencie własnoręcznie upieczony chleb razowy, piwo z mirabelek, itp. Z tym energetyzującym doświadczeniem zostaliśmy na kolejny rok. Aż do przełomu czerwca i lipca, gdy tym razem nasze czereśnie odmiany Hedelfińska, Van i Poznańska, nabiorą chrupkości, rumieńców i soczystej pulchności i ponownie otworzymy bramy raju żeby ugościć wszystkich spragnionych strawy podróżników.

 

Trzymam kciuki i sama się u Was stawię z całą rodziną!

Wróć

Zapisz się na nasz newsletter!